A może by tak rzucić wszystko, i pojechać na Santorini? Ewa · 19 kwietnia 2021 · 4 Tytułowe wezwanie nie jest tylko westchnieniem bez przełożenia na rzeczywistość – my naprawdę proponujemy, żeby na tegoroczną wielką majówkę pojechać z nami na fotowyprawę na Santorini! To prawdziwa stolica nomadów z całego świata, którzy tworzą tu dość zżytą społeczność - są organizowane spotkania i konferencje, gdzie można zawrzeć przyjaźnie i kontakty biznesowe Książka "A gdyby tak rzucić wszystko?", to szczera opowieść o mnie, w oparciu o atentyczne doświadczenia życiowe. To historia o miłości, którą odnalazłam. Do mężczyzny, do siebie, do życia. Miłości, która pozwoliła mi zmienić życie na lepsze. To historia, która pokazuje, że nigdy nie jest za późno! Takie coś znaleźliśmy w skrzynce odbiorczej ;) Dziękujemy za nadesłanie! See more of A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady ? on Facebook Australia, marzec tego roku Czasami się zastanawiam, kim jestem? Co sprawia, że wszystkie te rzeczy dookoła mnie się dzieją? Czy ja jestem niepoprawną optymistką? Czy też niekiedy z braku wyboru, a niekiedy ze zbyt wybujałej fantazji biorę życie we własne ręce i nieustannie, odkąd tylko pamiętam – o coś walczę i gdzieś zmierzam? Tekst nadesłany przez czytelniczkę. Rzucić to wszystko i uciec w Bieszczady . Justyna Szymanek. 19 sierpnia 2022, 0:01 Bieszczady to nie tylko połoniny i piesze wycieczki. . Ta dość nietypowa historia zaczyna się w Islamskiej Republice Iranu, na północ od Teheranu, w górach Elbrus, a kończy w pokrytych świeżym śniegiem Bieszczadach. Iran to kraj czterech pór roku. Jeszcze wczoraj, blisko granicy z Irakiem, 1000 km stąd, doskwierał mi grubo ponad 30-stopniowy upał. Dzisiaj ubrany w ciepły softshell, lekko trzęsąc się z zimna, jadę autobusem w stronę Morza Kaspijskiego i podziwiam piękne górskie widoki. Mijane lasy porastające zbocza przebierają się już w kolory zaawansowanej jesieni. Ich żółto-czerwone liście, w połączeniu z orzeźwiającym chłodem górskiego powietrza, kojarzą mi się z Polską i niespiesznym wypoczynkiem w jednych z naszych rodzimych pasm górskich. Bez chwili wahania, wiedziony sentymentalną refleksją, podejmuję decyzję, że po moim powrocie do kraju jedziemy w Bieszczady, aby rodzinnie przywitać Nowy Rok. Mając jeszcze w pamięci smak irańskich kebabów, dojadamy świąteczne pierogi, by wyruszyć wczesnym rankiem w stronę Wielkiej Rawki – szczytu na pograniczu polsko-ukraińsko-słowackim wznoszącym się nieco ponad 1300 m Można śmiało powiedzieć, że to już sam koniec Polski. Rankiem nieśmiało poprószył śnieg, przykrywając okolicę delikatną białą warstwą. Parkujemy samochód na przydrożnym parkingu. Ponieważ podróżujemy z naszym 2,5-letnim synkiem, nie planujemy zdobywania samego szczytu. Na cel, weryfikujący nasze wspólne możliwości, wybieramy niedalekie schronisko, które według wskazówek znajomych miało się znajdować kilkanaście minut drogi stąd. Ruszamy! Nasz mały turysta nie daje się przekonać do niesienia w nosidle przystosowanym do górskich wędrówek. Wybiera bardziej tradycyjną formę transportu na moich rękach... Jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało, widoki olśniewają. Promienie słońca rozświetlają nasze twarze, lekki mróz szczypie w policzki. Przecinamy pobliską rzeczkę i zaczynamy powoli piąć się ku górze. Cieszymy się wspaniałym uczuciem odosobnienia i osobistego kontaktu z naturą. Dziwi nas tylko, że okolica robi się coraz bardziej dzika – przecież gdzieś nieopodal powinno być schronisko, a zatem namiastka cywilizacji. Zahipnotyzowani krajobrazem i aurą kontynuujemy jednak wędrówkę. Po blisko godzinie decydujemy się na odpoczynek. Nasz mały bohater zdaje się coraz wyraźniej sugerować, że chce już wracać. Nie widząc perspektyw na ciepłą herbatę w schronisku, decydujemy się na odwrót. Droga powrotna mija nieznacznie szybciej niż wędrówka pod górę. Wkrótce docieramy do miejsca rozpoczęcia dzisiejszej przygody. Chwilę później grzejemy się w przydrożnej karczmie, którą mijaliśmy nieopodal w wiosce. Postanawiam zasięgnąć języka w celu rozwikłania zagadki schroniska widmo. Rozwiązanie okazuje się znacznie prostsze i mniej magiczne, niż przypuszczaliśmy. Nasz spacer rozpoczęliśmy po prostu nie w tym miejscu co trzeba. Podejście do schroniska było kilkaset metrów dalej od naszego punktu startu. Co prawda mieliśmy szansę tam trafić, jednak wymagałoby to większej konsekwencji w naszej wspinaczce i pokonania najpierw szczytu samej Wielkiej Rawki. Obiecujemy sobie przyjechać tu następnym razem i dokończyć wędrówkę. Pomysł zyskuje aprobatę również u najmłodszego członka naszej górskiej ekipy. A może rzucimy wszystko i pojedziemy w Bieszczady na dłużej? Kto wie. W końcu takie pomysły mogą powstać gdziekolwiek. Nawet w Iranie... Więcej możesz przeczytać w 11/2016 (14) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”. Zamów w prenumeracie “Kiedyś rzucę to wszystko i wyjadę w Bieszczady hodować owce!”. Znacie to powiedzonko? Na forach dla mam zawsze śmiejemy się, że mamy ochotę faktycznie wszystko rzucić i wyjechać gdzieś, by żyć inaczej, lepiej, spokojniej… Ale to tylko takie nasze gadanie. Pośmiejemy się wspólnie, ponarzekamy, a potem zamykamy laptop albo odkładamy telefon i wracamy do swoich zajęć, codziennych problemów i czasem zbyt szarej rzeczywistości. Nikt niczego nie rzuca, nie mamy odwagi zmieniać całkowicie swojego życia. Tymczasem jest ktoś, kto dokładnie tak zrobił. Pewnego dnia cała rodzina spakowała się i przeniosła do całkiem innego miejsca. Odległego. Spokojnego. Do swojej oazy, w której postanowiła spełniać swoje marzenia. Jakże zazdroszczę im odwagi i pomysłu! Miałam okazję poznać zarówno to miejsce, jak i tych cudownych, pełnych pasji ludzi. W ramach współpracy z marką ALMETTE i akcji “Pomysł na życie, naturalnie.” odwiedziliśmy Lawendową Osadę w miejscowości Przywidz na Kaszubach. To ekologiczne gospodarstwo agroturystyczne otoczone lasem, w którym właściciele uprawiają największe w północnej Polsce pola lawendy. Gospodarze nie stosują żadnych sztucznych nawozów ani pestycydów, uprawiają ją całkowicie ekologicznie. Wykorzystują ją zarówno w żywności, kosmetykach i wielu innych produktach. Na miejscu można skorzystać z przewspaniałej możliwości noclegu w Lawendowych Chatkach. Spójrzcie tylko na nie: Pani Basia i pan Bartek są rodzicami trójki dzieci i doskonale wiedzą jaki rodzaj relaksu potrzebny jest rodzicom. W Osadzie Lawendowej znajdziecie Wioskę Spa, prawdziwą drewnianą Banię Ruską opalaną drewnem z aromaterapią, Zimną Balię, Gorącą Balię i wiele innych. Na miejscu oczywiście zaopatrzyliśmy się w produkty lawendowe: olejki, wodę i wiele innych. Można również skosztować posiłków na bazie lawendy, a także produktów od lokalnych dostawców (dżemy, sery, jaja). Szczerze mówiąc po raz pierwszy poznałam rodzinę, która żyje “tak bardzo eko”. I byłam oczarowana. Nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i wspólnie z marką Almette oraz znanym polsko-francuskim kucharzem Davidem Gaboriaud zrobiliśmy coś ekstra. To znaczy, Martyna przejęła stery, a ja robiłam w efekcie za tło, ale niczego nie żałuję, bo od tego momentu córka garnie się do kuchni 😀 Skorzystajcie z przepisów Davida, moim zdaniem prawdziwego kulinarnego mistrza, a przy okazji fajnego faceta i ciepłego człowieka: Naleśniki z serkiem Almette jogurtowym i syropem lawendowym Okazja: deser Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 20 min Dla ilu osób: Porcja dla 2 osób Składniki: 1 serek Almette jogurtowy syrop lawendowy lub inny syrop (np. klonowy) masło klarowane do smażenia ciasto: 200 g mąki pszennej szczypta soli 2 jajka 2 łyżki cukru mleko 3,2% Przygotowanie: Do miski wsyp mąkę i sól, zrób wgłębienie i wbij dwa jajka. Dodaj cukier, wymieszaj z jajkami, a następnie z mąką i solą. Mleko wlewaj stopniowo, cały czas mieszając trzepaczką, aż do uzyskania jednolitej, gęstej masy. Odstaw do lodówki na godzinę. Po tym czasie wyjmij i dolej więcej mleka, aż uzyskasz ciasto do naleśników. Na rozgrzanej patelni, na maśle klarowanym usmaż wszystkie naleśniki z obu stron na złoty kolor. Przed podaniem posmaruj naleśniki serkiem Almette jogurtowym, zwiń lub złóż w trójkąt (zależy jak lubisz), a wierzch polej syropem. TIPY OD AUTORA: – ważne, aby wszystkie składniki do ciasta na naleśniki były w temperaturze pokojowej. Ułatwi to proces łączenia się składników. – jeśli się spieszysz, nie musisz zostawiać ciasta w lodówce przez godzinę, wystarczy wszystko wymieszać i smażyć od razu. Ta godzina w lodówce, czy nawet w temperaturze pokojowej powoduje, że gluten zawarty w mące będzie miał czas się rozwijać i naleśniki będą bardziej elastyczne. – jeśli nie możesz jeść jajek lub jesteś na nie uczulony, po prostu zrób ciasto bez nich. Ale w tym przypadku, musisz pozwolić ciastu odpoczął przez minimum godzinę. Dzięki temu stanie się zwarte i bardziej elastyczne. – do ciasta możesz dodać różne składniki, które nadadzą mu smaku, jak np. wanilia, rum, kawa czy inne ulubione smaki. Kotlety z dorsza z dipem na bazie serka Almette jogurtowego, podane z młodymi ziemniakami i koperkiem. Okazja: lunch, obiad Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 30 min Dla ilu osób: Porcja dla 4 osób Składniki: Kotlety: 300 g dorsza (ugotowanego) 1 jajko 1 mała bułka pszenna pół szklanki mleka kilka łyżek bułki tartej 2 łyżki posiekanego koperku sól, pieprz olej do smażenia Dip: 1 serek Almette jogurtowy 1 mała szalotka łyżka kaparów łyżka posiekanego koperku kilka kropli soku z cytryny dodatki: 0,5 kg ugotowanych młodych ziemniaków kilka ogórków świeżych lub małosolnych Przygotowanie: Bułkę pszenną namocz w mleku, a potem dobrze odciśnij jego nadmiar. Posiekaj ją drobno, ugotowanego dorsza również. W misce wymieszaj posiekanego dorsza z posiekaną bułką, jajkiem, koperkiem, bułką tartą, solą i pieprzem. Uformuj kotlety i smaż na oleju z obu stron na rozgrzanej patelni na złoty kolor. Kapary i szalotkę drobno posiekaj i wymieszaj z serkiem Almette jogurtowym. Dodaj posiekanego koperku i pokrop sokiem z cytryny. Wymieszaj i serwuj z kotletami oraz młodymi ziemniakami i ogórkami. TIPY OD AUTORA: – przed zrobieniem kotletów dorsza ugotuj lub podsmaż. Zamiast siekać, ugotowanego dorsza możesz zmielić wraz z namoczoną bułką. – zamiast koperku do kotletów możesz dodać inne ulubione dodatki, zioła czy przyprawy. – do kotletów oprócz dorsza możesz dodać wędzoną, lub inną rybę. Sałatka nicejska z wędzonej sielawy i z serkiem Almette jogurtowym. Okazja: sałata, lunch Autor: David Gaboriaud, szef kuchni, ambasador marki Almette Czas przygotowania: 15 min Dla ilu osób: Porcja dla 2 osób Skrót: Sałatka nicejska z polskim twistem i z serkiem Almette jogurtowym. Składniki: 1 serek Almette jogurtowy 4 pomidory 1 zielona papryka 6 rzodkiewek 2 jajka na twardokilka kawałków wędzonej sielawy łyżka czarnych oliwek świeża bazylia oliwa z oliwek sok z cytryny sól, pieprz Przygotowanie: Pomidory pokrój w ósemki. Zieloną paprykę pokrój na bardzo cienkie plastry. Rzodkiewkę też pokrój w cienkie plasterki. Bazylię porwij na kawałki lub drobno posiekaj. Wymieszaj bazylię z serkiem Almette jogurtowym i posmaruj tym talerze. Na tak przygotowane talerze układaj po kolei: plastry papryki, plasterki rzodkiewki, kawałki pomidorów, kawałki wędzonej sielawy, pokrojone w ćwiartki jajka i czarne oliwki. Wszystko polej oliwą i pokrop cytryną. Dopraw do smaku solą i pieprzem. Serwuj od razu. TIPY OD AUTORA: – jeśli chcesz wzbogacić sałatkę, to możesz dodać ugotowane ziemniaki i/lub fasolkę szparagową oraz bób. – w Nicei, popularna jest również „pan bagnat”, czyli kanapka ze składnikami sałaty nicejskiej. Wypróbuj koniecznie ten przepis! Nasze spotkanie zostało uwiecznione na wspaniałym filmie, zobacz: W dzisiejszym świecie trzeba być bardzo odważnym człowiekiem, by tak jak rodzina państwa Idczak postawić wszystko na swoje marzenia i tak jak David, by osiągnąć mistrzowski poziom w swojej dziedzinie. Upewniłam się też w przekonaniu, że mi również nie brakuje takiej odwagi. Zrezygnowałam z pracy, by móc żyć ze swojej pasji i dzięki temu poznaję takie wspaniałe miejsca i niezwykłych ludzi. Razem z marką Almette, mam również dla Was niespodziankę i fajne produkty do wygrania w konkursie, który znajdziecie na moim Facebooku. Weźmy sprawy w swoje ręce. Żyjmy fajnie, naturalnie. Wpis powstał we współpracy z marką Almette. Wpadnij i poszalej na stoku Malownicza miejscowość Spytkowice, położona między majestatycznymi pasmami górskimi - Beskidami i Gorcami, a w niej nowoczesny Kompleks Beskid z profesjonalnym stokiem narciarskim. To miejsce, które pokochają wszyscy fani zimowego szaleństwa. Cztery trasy zjazdowe o różnych długościach i stopniach trudności sprawią, że każdy znajdzie coś dla siebie. Na szczyt 137-metrowego wzniesienia dowiezie nas nowoczesna, czteroosobowa kolejka krzesełkowa o długości 720 metrów. Narciarze oraz snowboardziści mogą poruszać się w górę stoku, korzystając również z dwóch wyciągów orczykowych. Na miejscu działa ponadto Podhalańska Szkoła Narciarska posiadająca licencję SITN-PZN, a także specjalistyczny serwis narciarski oraz wypożyczalnia sprzętu: nart, butów, desek snowboardowych, gogli, rękawic, sanek i jabłuszek. Sezon 2019/2020 zaczyna się już w sobotę, 14 grudnia o godzinie 8! i Autor: materiały partnera Beskid Snow Academy Totalną nowością w Kompleksie Beskid w Spytkowicach jest Beskid Snow Academy, czyli zimowe przedszkole dla najmłodszych. To idealna propozycja dla dzieci, które rozpoczynają swoją przygodę z nartami/snowboardem oraz dzieci starszych, które chciałyby doszkolić swoje umiejętności. Dzięki programowi zajęć, dzieci mogą podnosić swoje kwalifikacje ale też świetnie się bawić. Dzięki naszym wykwalifikowanym instruktorom z doskonałym podejściem do dzieci, odkryją one prawdziwy świat narciarstwa i snowboardu. Po zakończonych 5 dniach, dzieci mogą sprawdzić swoje umiejętności podczas zawodów z nagrodami. W tym czasie rodzice mogą szaleć na profesjonalnym stoku lub spędzić romantyczny czas we dwoje. i Autor: materiały partnera Odpoczynek to podstawa I choć polecamy aktywny wypoczynek, to jednak odrobina lenistwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła - nie samymi nartami człowiek żyje! Kompleks Beskid Spytkowice to przede wszystkim hotel o wysokim standardzie z pokojami Deluxe i Standard oraz gustowna restauracja. Pomieszczenia są odnowione, a ciepła kolorystyka pozwala odpocząć po aktywnym dniu na stoku. Stylowe wykończenia zapewniają gościom wysoki komfort pobytu. Codziennie rano serwowane jest smaczne śniadanie, którego domeną są regionalne produkty. Szef kuchni w poszczególne dni przygotowuje "live cooking". Dania śniadaniowe na ciepło są podawane na bieżąco. Obsługa jest zawsze pomocna i profesjonalna. Magiczne położenie obiektu, z dala od zgiełku miasta, daje poczucie komfortu i spokoju. Wygoda oraz dobre samopoczucie gości są tu zdecydowanym priorytetem. i Autor: materiały partnera Boże Narodzenie i Sylwester w Kompleksie Beskid A może masz ochotę na święta w rodzinnym gronie w wyjątkowym miejscu? Magiczny czas możesz spędzić także w Beskidach. Specjalnie dla gości przygotowano czterodniowy pakiet od 23 do 27 grudnia. Szczegóły możesz sprawdzić tutaj. W pięknych okolicznościach przyrody i wspaniałej atmosferze możesz również powitać Nowy Rok. Pyszna kolacja sylwestrowa z DJ, w czasie której Szef Kuchni zabierze nas w kulinarną podróż z różnych zakątków świata - gwarantowana! i Autor: materiały partnera Spędź ferie zimowe 2020 w Beskidach! Sporty zimowe, szaleństwo na śniegu i sezonowe atrakcje - to wszystko z niecierpliwością będzie czekać na Was i wasze pociechy! Przybywajcie do naszej śnieżnej krainy w Kompleksie Beskid także w ferie zimowe 2020! Dla gości przygotowano specjalne pakiety, które obejmują noclegi w przytulnych pokojach, smaczne śniadanie w formie bogatego bufetu, kolacje w formie szwedzkiego stołu, relaks i odprężenie w hotelowej strefie Wellness, nielimitowany spersonalizowany Skipass, bezpłatne wi-fi, parking oraz przechowalnie sprzętu. Dla maluchów przygotowano też specjalny kącik oraz popołudniowe przedszkole Beskid Kids pod okiem animatora. Szczegółowe informacje znajdują się na stronie internetowej kompleksu. i Autor: materiały partnera Kompleks BESKID Spytkowice34-745 Spytkowice 135A, koło Rabki Artykuł Sponsorowany 18+ Ta strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Zapamiętaj mój wybór i zastosuj na pozostałych stronach Koleszka ma ładny ogrodek już a teraz se domek buduje. Taka odpowiedź na tego primitive technology. Kurcze...fundamenty też są i budulec trwalszy. © 2007-2022. Portal nie ponosi odpowiedzialności za treść materiałów i komentarzy zamieszczonych przez użytkowników jest przeznaczony wyłącznie dla użytkowników pełnoletnich. Musisz mieć ukończone 18 lat aby korzystać z • FAQ • Kontakt • Reklama • Polityka prywatności • Polityka plików cookies PODKARPACKIE NA WAKACJE! A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…? 2016-07-28 PODKARPACKIE NA WAKACJE! A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…? W Bieszczady przyjeżdża się ponoć raz, później się tylko wraca… Kto był, ten z pewnością się z tym zgodzi. Bieszczady to miejsce niepowtarzalne, wręcz magiczne, a połoniny mają w sobie coś, co urzeka na zawsze. Co sprawia, że te góry są tak wyjątkowe? Może burzliwa historia, jaka przetoczyła się przez ten region? Może ludzie, którzy tu uciekają przed zgiełkiem wielkiego świata? A może dzika przyroda, która odbiera sobie to, co kiedyś zabrał jej człowiek? Jednym z obowiązkowych punktów, które należy odwiedzić przy okazji pobytu w Bieszczadach, jest Chatka Puchatka, czyli schronisko na Połoninie Wetlińskiej stworzone i prowadzone przez człowieka który, kiedy pierwszy raz przyjechał w Bieszczady to poczuł, że tu jest jego miejsce na Ziemi. Rzucił więc wszystko i osiadł tu na stałe. Łatwo jednak nie było. Co go przywiodło w Bieszczady? Ludwik Pińczuk urodził się w Jugosławii, ma jednak polskie korzenie. Jego dziadek wyemigrował do ówczesnych Ausrto-Węgier, tam na świat przyszedł jego ojciec i on sam. Być może rodzina nadal by tam mieszkała, gdyby nie emisariusze polskiego rządu, których zadaniem było poszukiwanie rodaków poza granicami i nakłanianie ich do powrotu do kraju. W ten sposób Lutek wraz z rodzicami trafił do Bolesławca, ponieważ władzom ludowym najbardziej zależało na zasiedleniu tak zwanych ziem odzyskanych. Tam skończył oskołę górniczą i rozpoczął pracę w kopalni na Górnym Śląsku. Jednym z powodów jej podjęcia była chęć uniknięcia powołania do wojska. Do pracował pod ziemią, a później uczył się w technikum wieczorowym. Wszystko zmieniło się, gdy pewnego dnia przypadkowo otrzymał ulotkę zachęcającą do sezonowego wyjazdu w Bieszczady, do pracy przy zbieraniu jagód. Wziął cały przysługujący mu urlop w kopalni i przyjechał pociągiem do Sanoka, a potem na pace ciężarówki jadącej na pusto po drewno, do Cisnej i dalej do bazy Przedsiębiorstwa „Las” w Dołżycy. W miejscu tym zbierała się młodzież z całej Polski. Za uzbieranie 5 kg dziennie jagód można było otrzymać nocleg pod namiotem i wyżywienie. Lutek okazał się dobrym zbieraczem. Jego codzienny zbiór wynosił 10-15 kg. Po lecie spędzonym na świeżym powietrzu, w słońcu i miłym towarzystwie z ciężkim sercem wrócił na Śląsk. Następnego roku ponownie przyjechał na jagody. Po zebraniu obowiązkowych 5 kg wędrował po okolicy. W 1961 roku przyjechał w Bieszczady już na stałe. Przy zbiorze jagód nadal pracował, ale wykonywał już zadania specjalne takie jak poszukiwanie jagodzisk, zakładanie baz oraz doprowadzanie do nich grup zbieraczy. W tym czasie zbierał nawet 70 kg jagód dziennie. Jesienią po zakończonych zbiorach zamieszkał w ziemiance w Berehah, która kiedyś służyła za schron. Wstawił do niej drzwi, a z metalowej beczki zrobił kominek. Zimę przetrwał głównie dzięki zgromadzonym zapasom. Raz na dwa, trzy tygodnie wyprawiał się do sklepu w Dwerniku, często w śniegu po pas. Trudne początki schroniska Wtedy to na prowizorycznych rakietach śnieżnych własnej roboty, po raz pierwszy zapuścił się na Połoninę Wetlińską i zobaczył pierwszy raz budynek, który po przeniesieniu granic przestał służyć wojsku jako punku obserwacyjny. Latem gospodarowali w nim harcerze, a zimą stał opustoszały. Jak później wspominał, niemal od razu przyszła myśl o osiedleniu się w tym miejscu. Jednak nie było to proste. Zarząd PTTK w Rzeszowie, który formalnie był właścicielem budynku na Wetlińskiej najpierw zaproponował Lutkowi prowadzenie bazy PTTK w Berehah. Organizowano wówczas obozy wędrowne, a między Wetliną, a Ustrzykami Górnymi pozostawała spora luka. Po roku jednak zarząd doszedł do wniosku, że dobrze byłoby jednak wykorzystać budynek na Wetlińskiej. W 1964 roku podpisano umowę na remont i prowadzenie schroniska. Remont okazał się bardzo trudny. Wszystkie materiały trzeba było bowiem wnosić na górę na własnych plecach. Schronisko udało się jednak uruchomić. Oferowało ono dwie skromne sypialnie na piętrze i wodę z sokiem malinowym. Na jakąkolwiek gastronomię nie było warunków ani tez zapotrzebowania. W 1968 roku nastąpiła reorganizacja PTTK w wyniku, której ogłoszono konkurs na gospodarza schroniska. Lutkowi zarzucono, że udzielał schronienia elementowi przewrotnemu i wrogiemu władzy ludowej. Zszedł na dół i przez jakiś czas trudnił się ściąganiem drewna, wypałem węgla, przez jakiś czas prowadził także kemping w Ustrzykach. W tym okresie gospodarze w schronisku na Wetlińskiej zmieniali się, co kilka miesięcy. Warunki bowiem dla wielu okazywały się zbyt trudne. W 1986 roku Lutek powrócił jednak na ukochaną Połoninę Wetlińską i prowadzi schronisko do dziś. Dlaczego Chatka Puchatka? Nazwa Chatka Puchatka chyba wszystkim kojarzy się z bajkowym misiem. Nazwa schroniska ma jednak inną genezę. Jak tłumaczy sam gospodarz schronisko zawdzięcza ją żeglarzowi Leonidowi Telidze, który w jednym ze swoich reportaży napisał, że „czuje się na swojej łajbie zagubionej na bezmiarze oceanu, jak ta samotna Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej”. Nazwa ta przypadła mu do gustu i tak już zostało. Co schronisko oferuje turystom? Warunki, jakie oferuje schronisko są bardzo skromne. Dysponuje bowiem jedynie 20 miejscami noclegowymi w dwóch salach zbiorowych, kilka dań gorących, ciepłe i zimne napoje, słodycze. Aby skorzystać z toalety, trzeba udać się do sławojek na zewnątrz z drugiej stronie grani. Wrzątek jest płatny 1 zł. Choć schronisko na Wetlińskiej uznawane jest za najgorsze w Polsce, to jeszcze nigdy nie zdarzyło się, aby komuś odmówiono tu noclegu. Poza tym jest to jedyne schronisko górskie w Bieszczadach, pozostałe położone są w dolinach, zatem trud jego prowadzenie jest nieporównywalnie większy. Wszystkim, którzy zechcą narzekać na okropne warunki przypominamy, że znajduje się ono 500 metrów w linii prostej od najbliższego źródła, aby do niego dojechać trzeba pokonać jednak trzy razy dłuższą drogę i różnicę wzniesień 200 m. Powstało jako wojskowa baza obserwacyjna, a nie z myślą o turystach. Jego przystosowanie do przyjmowania gości wymagało ogromnego wysiłku i determinacji. Najcenniejsza rzeczą, jaką każdy turysta może raczyć się tu do woli i to zupełnie bezpłatnie są przepiękne widoki, a zwłaszcza wschody i zachody słońca. Zdjęcia źródło:

a moze by tak rzucic wszystko i pojechac w bieszczady